Wielu ludziom zależy na zbudowaniu komputera świadomego, myślącego, czującego. Działającego jak człowiek (czyli nie do końca algorytmicznie). Jednym zdaniem, stworzyć kopię ludzkiego mózgu. Ale nawet jeśli kiedyś się to uda (w co nie wierzę), stworzymy maszynę doskonale imitującą człowieka, przechodzącą kolejne testy Turinga, uznamy ją za świadomą i inteligentną, to co się stanie jeśli potem zaprzęgniemy do “normalnej” roboty zwykle przez komputery wykonywanej? Czy maszyna myśląca i czująca jak człowiek, zaprogramowana na szukanie kolejnych wielkich liczb pierwszych, po paru miliardach operacji zmiennoprzecinkowych… nie znudzi się?
Nekrofilia XXI wieku luty 1, 2009
Wydaje Ci się, że żyjemy w cywilizowanych czasach? Że zmarli nie leżą odłogiem na ulicach jak podczas zaraz lub wojen? Że są szanowani, pochowani i zostawieni w spokoju? O, naiwny czytelniku, w jakim świecie Ty żyjesz?
Wiem, że to brzmi głupio, ale takie myśli naszły mnie parę minut temu. Znowu usłyszałem, jak ktoś zachwyca się “najwspanialszym tenorem wszech czasów”, czytaj Pavarottim. Wiecie, co mi się przypomina?
Krótko żyję na tym świecie, a może po prostu za czasów mojej “młodości” nie było to takie popularne. W każdym razie pierwszy raz zwróciłem na to zjawisko uwagę, gdy umarł Czesław Niemen. Wielki płacz i wrzawa w telewizji, radio, gazetach, brukowcach. Wszyscy opłakują jeden z najbardziej porywających polskich głosów. “Dziwny jest ten świat” staje się tytułem setek wystaw i koncertów charytatywnych. Jak grzyby po deszczu wyrastają biografie zmarłego artysty, z miejsca stając się bestsellerami. Szczęśliwe wytwórnie fonograficzne posiadające prawa do jego twórczości wypuszczają płyty (lub całe kolekcje) pt. “Dzieła zebrane”, “Największe przeboje”. Powstają wersje dyskotekowe najpopularniejszych utworów.
Co mnie najbardziej w tym denerwuje? Hipokryzja. Ludzie, którym wcale nie podobała się muzyka Niemena nagle stają się zagorzałymi jego fanami, słuchają płyt, czytają biografie, zostawiają debilne komentarze na YouTube. Wkurza mnie, jak oglądam sobie “8 błogosławieństw”, a pod spodem bije mnie w oczy “Czesław Niemen [*][*][*][*][*] :*:*:*:* <R.I.P.>”, czy coś takiego. Bo ta różowa nastolatka (strzelam) jeszcze miesiąc temu jak słyszała “Niemen”, to nie potrafiła sobie przypomnieć jego imienia.
Jak to mówią, “Your time’s gonna come”. I całe szczęście dla wydawców muzycznych, dziennikarzy i słabych biografiopisarzy, bo przecież dla takiej watahy hien na długo mięsa z jednej ofiary nie starczy. Niemen się przejadł, ale “na szczęście” umierają inni. Nie pamiętam osobiście nic spektakularnego aż do momentu śmierci Marka Grechuty. Ten też miał pecha. Jako że umarł, wydawcy mogli założyć, że już nic nie nagra i można spokojnie wydawać albumy podsumowujące jego twórczość. I znowu – radio, telewizja, gazety, dyskoteki… Jakby nie dało się zrobić uroczystego pogrzebu i dać spokój, choćby rodzinie i przyjaciołom zmarłego, którym na pewno ciężko było, gdy co chwilę ze środków masowego przekazu przypominano im o odejściu ich bliskiego. Hieny uważam za bardzo trafione porównanie.
Pamiętam na przykład nie tak dawną śmierć Ryszarda Kapuścińskiego. Ten miał to szczęście, że był mniej znany od Niemena, a więc i publiczna nagonka po jego zejściu nie była aż tak wielka. Acz podobna. Wznowienia jego książek, biografie… Dobrze, że nie śpiewał, bo od płyty “The best of” zza grobu by się nie opędził.
No i na koniec, pół roku po Kapuścińskim, umarł Luciano Pavarotti. Postać może w Polsce nie aż tak uwielbiana, ale skoro zaczął za nim płakać cały cywilizowany świat, to Polska nie może być gorsza! Na co drugim kanale w TV filmy dokumentalne, powtórki koncertów. Do gazet dołączane gratisowe płyty z trzema utworami w jego wykonaniu (po większą ilość udaj się do najbliższego Empiku). Czekałem, aż po otworzeniu masła natrafię na karteczkę “Wyślij 250 kodów i wygraj kawałek nerki mistrza opery!”. Skoro już bawimy się w nekrofilię na papierze i w eterze, to czemu nie rozesłać kawałków jego zwłok do największych sal koncertowych świata?
Dla sprawdzenia chronologii i dokładniejszych dat musiałem zajrzeć na Wikipedię. Szanuję Niemena za jego twórczość, ale mi osobiście się ona nie podoba. Grechuty kiedyś trochę słuchałem, ale też mnie nie porwał. Czytałem jedną książkę Kapuścińskiego, ale nie dotarłem do końca. Opery i operowego śpiewania nie lubię.
Jak już kiedyś mówiłem, brzydzi mnie świat, w którym żyję.
Życzenia świąteczne grudzień 24, 2008
Wiecie co? Mam dosyć dostawania kiczowatych rymowanek, kopiowanych z netu życzeń i strasznie gorących życzeń od ludzi, z którymi nie gadałem parę lat. Bo co z tego, że ciągle mają mnie na liście GG, jak z tych ich życzeń nic nie wyniknie. Nie gadaliśmy ze sobą dawno i wcale potem nie zaczniemy. Dlatego ciężko mi wierzyć w szczerość tych wypocin. Jest parę osób z którymi naprawdę się dogaduję, im wysyłam życzenia. Jeśli ktoś mi wyśle życzenia, to OK, odpiszę. Ale nie będę się bawił w masowe rozsyłanie słodziutich wierszyków o choince, prezentach, mikołaju i udanym śnie w rowie po sylwestrze.
W tym roku będę nudny i dokładnie powtórzę życzenia sprzed dwóch lat:
http://symek.jogger.pl/2006/12/23/troche-inne-zyczenia/
Dla tych, którym się wtedy spełniły – cieszę się. Jeśli nie – spróbuję jeszcze raz, oby zadziałały w tym roku. I więcej nie będzie. Bo po co?
Wszystkiego najlepszego, naprawdę. Wszystkim. Nawet tym od kiczowatych rymowanek
Melancholię moją skracaj… październik 15, 2008
Właśnie się zastanawiałem – dlaczego stanem neutralnym dla mnie jest taka dziwna, apatyczna melancholia? Taki jakby dół, ale nie do końca, bo z jednej strony bardzo łatwo przechodzi, a z drugiej jak już w niej siedzę to nie mam zbytniej ochoty z niej wychodzić i w ramach jakiejś chorej rozrywki karmię się smętnymi piosenkami z YouTube, zakładam słuchawki i odcinam się od całego świata zatapiając się w muzyce… Podobnie jak wtedy, gdy jestem zły, tyle że wtedy włączam coś z System of a Down i pozwalam Tankianowi i Malakianowi wrzeszczeć za mnie. Pomaga.
Zresztą już dawno zauważyłem swoje wręcz obsesyjne uzależnienie od muzyki. Powiedzcie szczerze, ile razy widzieliście mnie bez słuchawek? OK, jak idę na imprezę to jakoś daję radę bez. Poza tym już parę razy zdarzało mi się, że osoba znajoma musiała do mnie wrzeszczeć albo podejść i pacnąć w ramię, żebym ją rozpoznał. Muzyka pozwala mi się uspokoić, muzyka jest dla mnie najpiękniejszą formą sztuki. Muzyki chcę słuchać, muzykę chcę rozumieć, muzykę chcę tworzyć. I będę. Dlatego mam już mini hopla na punkcie jakości – tylko oryginalne CD-Audio rippowane na AAC, 192 kbps VBR. Mówi to coś komuś? Jeśli nie, to znaczy że jesteście zdrowi
Dlatego też poważnie rozważam zakup słuchawek z aktywnym wygłuszaniem hałasu – żeby nic nie wchodziło między mnie a moją muzykę. Koszt – ~1000 zł. Ale co tam, warto.
Dobra, bo zszedłem z tematu. Od czasu do czasu się zastanawiam skąd u mnie takie melancholijne stany. I wiecie co? Chyba wiem. Wpadłem na to słuchając “Unforgiven III” Metaliki. Usłyszałem tam
How can I be lost if I have no way to go?
Tyle że w moim przypadku będzie to raczej coś w rodzaju
How can I be lost if I’m not going anywhere?
Właśnie, czy moja melancholia bierze się z jakichś wielkich życiowych problemów, czy przytłacza mnie iście werteryczny Weltschmerz, czy ktoś mnie skrzywdził? Czy też może wszystko to zaczyna się od mojej bezczynności, lenistwa, braku zaangażowania? Pustki? Kurde, zaczynam dostrzegać sens drugiej możliwości…
Może powinienem się ruszyć, zrzucić parę kilo, zacząć się uczyć na tych studiach, zagadać poważniej do dziewczyny która mi się podoba? Może wypełnię pustkę, nie będzie miejsca i czasu na melancholię? Tylko z drugiej strony, ile to już razy próbowałem zacząć coś robić, ile razy chciałem zmienić swoje życie, ile razy nawet zaczynało być troszkę lepiej, gdy z wrodzonego (i trenowanego przez całe lata…) lenistwa wracałem do poprzedniego stanu? Mi się już skończyły palce do liczenia. Czy jest sens próbować jeszcze raz?
Chyba jednak jest. Może spróbuję w końcu zacząć żyć jakoś sensowniej. Jest nawet światełko w tunelu – znalazłem sobie zespół, jest z kim grać, jest gdzie ćwiczyć na perkusji. Jeszcze nie wiem, na jak długo, zobaczymy po paru próbach. Ale na razie nie będę spędzał poniedziałkowych i sobotnich wieczorów przed komputerem, a to już poprawa.
Kurde, przeczytałem poprzednie zdanie i uderzyło mnie, jaki ja jestem żałosny… Może mają rację moi rodzice wzywający mnie do oderwania się od tej maszyny.
Dobra, spróbuję. Najwyżej nic z tego nie wyjdzie i wrócę do poprzedniego stanu. Gorzej raczej nie będzie.
Książka i film na dzisiaj październik 8, 2008
Tak mi się przypomniało i chciałem polecić:
Jeśli ktoś aktualnie szuka ciekawej książki, to polecam “Przez Ciemne Zwierciadło” (A Scanner Darkly”) Philipa K. Dicka. Książka może być dziwna (bo to Dick
), może być wulgarna, ale jest dobra. A jak przeczytacie książkę – obejrzyjcie wersję filmową. Nie powiem, czy jest stuprocentowo wierna książce, bo książkę czytałem jakieś 6 lat temu, ale film jest świetny. Może trochę dziwny, bo pół animowany (obejrzycie trailer, zobazcycie co mam na myśli), ale świetnie oddaje styl Dicka – przede wszystkim zakończeniem.
Książka opowiada o nieodległych nam czasach, w których ludzie borykają się z ogromną falą uzależnień. 20% społeczeństwa to narkomani uzależnieni najczęściej od tzw. substancji D. W filmie widzimy wiele aspektów ćpania – dobrą zabawę, psychozy, halucynację, uszkodzenia mózgu. Dick może o tym pisać jako autorytet – w swoim życiu ćpał całkiem dużo. Miał szczęście, że z tego wyszedł, w przeciwieństwie do wielu swoich przyjaciół (o nich przed napisami końcowymi – lista naprawdę robi wrażenie).
Polecam wszystkim, nie jako naukę o prochach, ale dobry film o ludzkiej psychice, okrucieństwie i wielu innych aspektach tego popieprzonego świata.
Powrót do szarej rzeczywistości… październik 7, 2008
Rok akademicki sux.
Przez ostatni tydzień chodziłem jak naćpany, rano pobudzony, po 16 zasypiający na stojąco. Dlaczego? Otóż postanowiłem się nauczyć wcześnie wstawać. Wcześnie, czyli pomiędzy 6 a 8 rano. Tak właśnie robiłem, aż 2 dni temu przyszło mi do głowy, że skoro wcześniej wstaję, to przyda się też wcześniej chodzić spać. Przez wakacje i wrzesień kładłem się między północą a 1.30. A skoro wstaję przed 8 (jutro na przykład o 6.00… :/) to wypadałoby iść spać około 23.00. Genialne, nie? Ale mi zabrało jakiś tydzień do wymyślenia…
Dzisiaj więcej nie będzie. Dobranoc
Nowy blog. Pierwszy wpis? październik 5, 2008
Nasuwa mi się pytanie: Po co? Chyba po to, żeby znowu spróbować pisać bloga.
Drugie, oczywiste pytanie brzmi: Dlaczego nowy? Chyba dlatego, że wydaję się sam sobie trochę dojrzalszy niż kiedy tworzyłem http://symek.jogger.pl/. Jak popatrzycie a jedne z pierwszych wpisów to zrozumiecie o co mi chodzi. Nie wstydzę się tego, każdy kiedyś dojrzewa, ale to nie znaczy że trzeba się wyrzekać własnej, może trochę infantylnej, przeszłości.
Właśnie dlatego, że się sam siebie nie wstydzę, nie chcę usuwać tamtego bloga. On sobie będzie, można go czytać, śmiać się z niego, może (czasem, nie za często) zastanowić. Mam do niego wielki sentyment, włożyłem wiele pracy w sam jego design (przerobiłem własnoręcznie design Pool).
Trzecie pytanie: Plany na przyszłość? Nie mam pojęcia jakie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Cholera, taki strasznie sztampowy pierwszy wpis mi wyszedł… Zastanowiłem się właśnie, czy napisałem tu coś innego niż piszą wszyscy w swoich pierwszych wpisach? Chyba nie. A teraz sobie pomyślałem – i co z tego? Nie muszę na siłę starać się być wyjątkowy
EDIT: Przypomniałem sobie, co jeszcze chciałem napisać. Otóż przez ładną chwilę zastanawiałem się nad adresem bloga. Do tej pory jako wszelkie loginy, domeny i ksywy wpisywałem “Symek”. Tak mówi do mnie 90% moich znajomych (oprócz mojej rodziny i ekipy AZR Pampers – pozdro
), ale wczoraj, przy zakładaniu wordpressa, drgnęła mi ręka. Zastanowiłem się, jak długo jeszcze będą tak do mnie mówić. Lata mi lecą, za 3-4 lata zamierzam zacząć pracę zawodową i pewnie (choćby wbrew własnej woli) przeistoczę się w “pana Piotra”, albo jakoś tak. Rozumiem, że musi tak być, ale strasznie szkoda byłoby mi rozstawać się z ksywą którą wymyślono mi pod koniec podstawówki. Na razie jednak jestem Symek i dobrze mi z tym