Zależnie od nastroju.

Just another WordPress.com weblog

Cywilizacja debili? lipiec 3, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, Życie — symek @ 11:05 am

W najbliższym czasie, po prawie dokładnie 4 latach w Simplusie przenoszę numer do Play. Nie chodzi mi o robienie reklamy, ale mam ku temu dwa główne powody. Po pierwsze, jest taniej. A po drugie?

“Oficjalnie potwierdzamy! Jesteś 1 na liście do wypłaty 10.000 zł! Czy pierwszą literą polskiego alfabetu jest B? Odp na 7235 w treści wpisz: TAK lub NIE? 2,44zł”

Dostaję takiego rodzaju śmiecia prawie codziennie. No i sorry, ale jak ja mam się czuć? Nie chodzi mi nawet o to, że nie wierzę że ktoś w tych konkursach wygrywa. Ale do jasnej cholery, czuję się traktowany jak idiota. Ja wiem, że przeciętny zjadacz chleba jest z roku na rok coraz głupszy, ale to już chyba przesada. Jeśli nadal zamiast podnosić poprzeczkę będziemy sobie nawzajem obniżać poziom, to zagłada ludzkości jest coraz bliżej.

Ludzie, wymagajcie od siebie samych…

 

Zadatki na admina. czerwiec 10, 2009

Zaszufladkowany do: O sobie samym, Z przymrużeniem ok(n)a, Życie — symek @ 4:23 pm

Wypadek w szkole mojej Mamy. Od paru dni w jednej z pracowni komputerowych nie działa internet. Czy mogę wpaść i spróbować coś zrobić? Jasne.

Start – oglądam architekturę sieci. Wygląda skomplikowanie, ale działa. Wszystko kończy się w gniazdku telefonicznym w ścianie – niech żyje Neostrada. No dobra.

Dowiaduję się, że sprawa wynikła z zaskoczenia, po awarii prądu. Jednego dnia po południu wszystko działa, następnego dnia rano nie ma internetu. Co ciekawe – drukować po sieci nadal się da, więc serwer stoi. Sprawdzam pingi – działają, adresy przez DHCP nadane poprawnie. No to pora na router.

Siadłem sobie w kącie koło routera. Jeszcze prostszy niż ten, co mam w domu – gniazdko ADSL połączone ze ścianą, zasilanie i ethernet idący do serwera. Wygląda OK, oprócz jednej rzeczy – diodka od ADSL nie świeci, tylko mruga niepewnie. Obejrzałem kabel łączący router ze ścianą – strasznie luźno siedzi. Wyjąłem go i zamieniłem wtyczki miejscami – ta od routera jest mniej wyrobiona, lepiej siedzi w ścianie. Diodka zapłonęła pełnym światłem. Czyżby już? Odpalam Firefoxa – nie, nadal leży.

No cóż, trzeba dostać się na router. Możliwe, że podczas awarii prądu zresetował ustawienia czy coś… No to podpinam monitor i klawiaturę do serwera. Co widzę? Żądanie loginu. Jasne że go nie znam. To zrobimy inaczej.

Podpinam się laptopem bezpośrednio do routera. I tak net nie działa, nikt nie będzie miał pretensji. Niestety, DHCP przydziela mi idiotyczny adres: 169.254.x.x. No cóż, spróbuję znaleźć ten router, bo laptop go nie wykrył sam. To poszukajmy pingami. Niestety, ping adresu rozgłoszeniowego pokazał mi, że jestem jedynym użytkownikiem podsieci. WTF? A router na drugiej stronie kabla?

Czas na telefon do brata, on kiedyś coś tu naprawiał, a sieć zakładał jego kolega ze studiów, niestety w tej chwili przebywający na innym kontynencie. Brat hasła do serwera nie zna, dowiedziałem się za to, że router jest zrobiony na przezroczysty, a całą zabawę w obsługę ADSL i DHCP wykonuje serwer. No to straciłem sporo czasu na pingi. Jedna rada – zrestartuj serwer i patrz, czy jakieś konkretne usługi nie chcą wstać. No dobra.

Ctrl+Alt+Del i czekamy. Cóż się okazuje? Wstał i ma się dobrze, znowu poprosił o hasło. Olewam go i idę na komp obok. Odpalam Firefoxa i co? Internet śmiga…

Jeszcze jedno sprawdzenie i już wiemy co było przyczyną – luźny kabelek w gniazdku telefonicznym. Fuck. Mogłem wyjść stąd godzinę temu. No ale cóż, przynajmniej nauczyłem się czegoś o sieci w pracowni komputerowej jednej podstawówki… Na pewno mi się przyda.

Morał – dbajcie o kable.

 

Laptop z Allegro – Part 3 :) maj 14, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, Życie — symek @ 4:23 pm

Dziwi Was uśmiech w tytule? Mnie też dziwiłby jeszcze parę dni temu, jednak cała sprawa rozwiązała się w sposób tak prosty i korzystny dla mnie, że przez pewien czas nie mogłem prawie wierzyć w swoje szczęście.

Otóż parę dni temu dostałem od Karla zaskakującą wiadomość. Pisał on w niej, że jego ubezpieczyciel zdecydował się zapłacić mu za zagubionego MacBooka. Tak więc Karl dostanie kasę za starego kompa, ma już też nowego, a zatem nie widzi przeciwwskazań, bym tego MB sobie zatrzymał. Prosi tylko o jedno – backup i przekazanie mu niektórych prywatnych plików.

Zdziwiłem się, to prawda. Głównie dlatego, że podobno sprawa zgłoszona już była na policję. Ale kto wie, jak działają szwedzkie firmy ubezpieczeniowe – mnie to już za bardzo nie obchodzi. ;)

Zrobiłem zatem backup, dość pobieżnie zebrało się prawie 11 GB danych, z których Karl wybierze sobie to, co mu potrzebne. W chwili obecnej załatwiamy przesłanie tych danych przez Internet – dane są już w częściach na odpowiednim serwerze, czekam tylko aż Karl je ściągnie, połączy i sprawdzi, czy wszystko jest na miejscu. Potem dostanę zielone światło do formatowania dysku.

Ściganie złodzieja po Polsce sobie daruję, po co szarpać nerwy. Zresztą, mam dobrego laptopa za małe pieniądze. Nieważne, że w tak pokręcony sposób. ;)

Ciekawe, nie? Znikąd pojawia się idealne rozwiązanie, na które nikt wcześniej nie wpadł. Niektórzy nazywają to fuksem, niektórzy szczęśliwym zrządzeniem losu, niektórzy Opatrznością. Ja mam swoje wytłumaczenie, ale to nie czas i miejsce na opowieści o tym. W każdym razie się cieszę. :)

 

Laptop z Allegro – part 2 kwiecień 24, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, This world sucks., Życie — symek @ 4:06 pm

No i cóż, odwiedziłem policję przed chwilą. Dostałem się jedynie na portiernię. Pani za biurkiem powiedziałem, jak się nazywam, jaki mam problem. Czyli że chciałbym tylko, żeby sprawdzili u policji Szwedzkiej, czy Karl rzeczywiście poinformował ponad miesiąc temu policję szwedzką o zaginięciu laptopa. Bo nie wiem, komu mam wierzyć.

Pani recepcjonistka zadzwoniła do dyżurnego i dowiedziała się, że jedyne co mogę zrobić, to przynieść laptopa do nich, powiedzieć, o co chodzi. Oni zaś wysłuchają, zabiorą MacBooka, zabezpieczą i zaczną sprawdzać, czy rzeczywiście jest kradziony. Jeśli nie jest, to po prostu mi go oddadzą do używania. Jeśli jest, to pewnie więcej go nie zobaczę.

Niby OK, bo nie mogą mi uwierzyć na słowo. Ale z drugiej strony zgaduję, że po oddaniu laptopa okaże się, że rzeczywiście jest kradziony. Laptop wróci do Karla, a w Polsce zacznie się sprawa odzyskiwania mojej kasy. Sprawa potrwa parę miesięcy, a w końcu skończy się umorzeniem…

Czasem nie lubię swojej własnej uczciwości.

 

Laptop z Allegro… kwiecień 18, 2009

Zaszufladkowany do: This world sucks., Życie — symek @ 2:25 pm

http://allegro.pl/item598686418_macbook_2_1_intel_core_2_duo_2_16ghz_1gb_667mhz.html

Prawdziwa okazja, nie? Przed kupnem upewniłem się co do paru rzeczy, np. dopytałem o dysk i kartę graficzną. Spytałem też o płytkę instalacyjną systemu – nie ma. No ale cóż, pewnie był preinstalowany albo zgrywany od znajomego. Co to za klawiatura? Szwedzka, znajomy kupił i mi dał. No cóż, zdarza się. Kupię sobie naklejki na klawisze.

Poprosiłem jeszcze o numer seryjny. Dostałem, po czym zacząłem przeszukiwać bazy kradzionego sprzętu. Googlałem, szukałem, nic złego na jego temat nie znalazłem. Fajnie.

Pojechałem do Krakowa w poniedziałek w nocy. We wtorek rano jedziemy do Galerii Krakowskiej, spotykamy się koło Empiku. Idziemy dwa piętra wyżej gdzieś usiąść. Dostaję MacBooka w ręce, odpalam. Jest Leopard, sprzęt zgodny ze specyfikacją. Do tego oryginalny zasilacz i przedłużacz do kabla. Bateria ma jakieś 65% i twierdzi, że uciągnie jeszcze 3 godziny. Miodzio.

Daję kasę do ręki, przy koledze. Pani sobie przelicza, dziękuje, żegnamy się. Ja, jako że się spieszyłem, wyłączam laptopa i chowam do plecaka pełen dobrych myśli – powinien mnie przecież kosztować ze 3 tysiące. Udało się.

Później kawał dnia, nie za bardzo miałem czas go obejrzeć. W poniedziałek wieczorem, już w domu, odpalam na zasilaczu, żeby dłużej posiedzieć. Pojawia się pierwsze pytanie: Kim jest Karl *******, którego nazwisko pojawia się jako user? Może poprzedni właściciel był nieostrożny. No cóż, zrobi się formata, świnią nie będę.

No dobra, sprawdźmy, co tu jest. Odpalam jakiś komunikator. Dane same się wpisują, gdybym był na WiFi to bym się zalogował. Hm, bardzo nieostrożny też Karl. Odpalam Skype. To samo.

Włączyłem Firefoxa. Znowu – na górze kilkanaście zakładek i folderów zakładek, wszystko wygląda dość osobiście. Znajduję link do Facebooka. Strona główna, user i hasło w formularzu. Jako user – e-mail z Hotmaila. Ciekawość zwycięża. Klikam login – jestem na koncie Karla. Ściągam WebDevelopera i odczytuję hasło. Zaglądam na hotmail. 2 razy ctrl+v i jestem na jego mailu. Niedobrze, Karl, nigdy tych samych haseł w różnych serwisach!

W końcu się przełamuję. Na własnym kompie odpalam Skype’a i piszę do Karla coś w rodzaju: “Cześć, wiem że mnie nie znasz, ale mam ważne pytanie – czy w ostatnim czasie sprzedałeś, oddałeś albo ukradziono Ci jakiś komputer?”. Karl odpisuje po paru godzinach: “Tak, ukradziono mi białego MacBooka 13″, takie a takie bebechy, taki numer seryjny. Zgłosiłem to już na policję. Masz jakieś informacje o nim?”.

Fuck.

Jestem człowiekiem raczej uczciwym, więc zaczynam opowieść o kupnie wyjątkowo taniego laptopa w Polsce. Karl jest poruszony – kupił już sobie nowy komputer i nie miał nadziei ujrzeć poprzedniego nigdy więcej. Zachwyca się nad moją uczciwością, dziękuje za kontakt, obiecuje poczekać cierpliwie aż odzyskam swoją kasę. Wszystko pięknie Karl, nie ma za co. Tylko zrozum, że jestem zły, bo myślałem, że kupiłem sobie taniego MacBooka, a narobiłem sam sobie cholernych problemów…

Potem muszę wyjść z domu. Po drodze piszę do pani Renaty kilka smsów, zostawiam też wiadomość na poczcie głosowej. Wszystkie razem wyjaśniają mniej więcej tyle, że wiem, iż laptop jest kradziony i chcę odzyskać swoje pieniądze. Czekam do piątku wieczorem, potem idę na policję. Jeśli odzyskam kasę, to organów ścigania nie zawiadomię, za to laptopa wyślę wprost do Szwecji, do prawowitego właściciela. Radzę oszczędzić sobie kłopotów.

Jakąś godzinę później dzwoni do mnie obcy numer. Polak ze szwedzkiego numeru. Zaczyna od: “Dzień dobry, ja w sprawie tego MacBooka którego Pan ode mnie kupił.”. Nie, koleś, nie kupiłem od Ciebie żadnego MacBooka. On mi na to, żebym przestał straszyć jego szwagierkę, bo ona tylko sprzedawała sprzęt przez niego podarowany. Ja na to, że sprzęt kradziony. Twierdzi, że nieprawda, że kupił go za byle jakie pieniądze w Szwecji i oddał szwagierce. Ja mówię, że skontaktowałem się z Karlem, który uważa, że go skradziono. Koleś na to, że tak, to mój kolega, mam papiery na to, że laptopa mi sprzedał. A ja na to, że jeśli kolega Karl mi napisze, że go sprzedał, to dam Renacie spokój. Koleś się trochę zasmucił, zaproponował, że jeśli jestem niezadowolony z zakupu, to możemy się spotkać i zamienić kasę za MB. Ja mu na to, że nie będę się zamieniał, tylko czekam na kasę i oddaję laptopa do Szwecji. On mi na to, że w takim razie swojej kasy nie zobaczę. I tak się pożegnaliśmy.

Aha, po drodze powiedział, że nazywa się Przemysław jakiśtam. Miałem też jego numer, więc przekazałem go Karlowi. On na to, że to bajka i że nie zna tego kolesia. Przekazał za to numer policji, która obiecała zacząć jakieś śledztwo. Przed tym, jak się zgłosiłem nie mogli za wiele zrobić, teraz mogą poszukać.

Co jeszcze? W sumie niewiele. Miałem dzisiaj iść na policję i opowiedzieć całą sprawę, ale zrobię to w poniedziałek. Zrobię to na pewno, bo pani Renata kasy mi nie przelała. Trochę mi jej szkoda, bo mogła nie wiedzieć, że MB jest kradziony.

A mnie czeka przeprawa z policjami dwóch krajów… Życzcie mi powodzenia.

 

“O tak mi przykro, chciałbym jeszcze raz…” kwiecień 9, 2009

Zaszufladkowany do: O sobie samym, This world sucks., Życie — symek @ 8:20 pm

Znacie to powiedzonko:  “Chcieliśmy jak najlepiej, a wyszło jak zawsze”? Chyba zrobię z niego swoje motto życiowe…

Dlaczego nic nie wychodzi mi tak, jak bym chciał? Dlaczego nie umiem sam siebie wyjaśnić? Dlaczego chcę być najczulszym przyjacielem, a wychodzę na ostatniego dupka?

Staram się. Naprawdę się staram. Staram się być dobry. Mam same dobre intencje. Nigdy nie miałem złych. A wychodzi na to, że jestem nieczuły, okrutny i nic nie rozumiem.

Ja nie mogę, co za życie. :/

 

A Ty? Kim jesteś? marzec 8, 2009

Zaszufladkowany do: O sobie samym, Przemyślenia, Życie — symek @ 11:25 pm

Czuję się dziwnie. W sumie nigdy nie myślałem o wizycie u psychologa albo innego analtyka. Bo i po co? Sam radzę sobie ze swoimi problemami. Gdybym poszedł, to pewnie dowiedziałbym się o sobie paru rzeczy. Może niektórych bym nie polubił, może w czymś by mi to pomogło. Nie wiem i raczej się nie dowiem, bo nadal na takie wizyty nie mam chęci.

Ale okazuje się, że wcale nie trzeba chodzić do psychologa żeby dowiedzieć się czegoś o sobie. Szczerze się zdziwiłem, gdy mój brat rzucił mi na biurko wydrukowany artykuł z Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Prokrastynacja

W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana “syndromem studenta”.

Dokładnie moje podejście do życia. Może nawet nie podejście, może po prostu jedna z moich głównych wad.

Postępowanie prokrastynatora można podzielić na następujące etapy:
1. Chęć zrobienia czegoś.
2. Decyzja o zrobieniu tego.
3. Odkładanie czynności bez poważnego powodu.
4. Uświadomienie sobie niekorzyści, jakie pociąga za sobą odkładanie.
5. Kontynuacja odkładania .
6. Szukanie wymówek bądź odejście od problemu.
7. Odkładanie.
8. Wykonanie zadania w czas, bardzo się przy tym stresując lub ukończenie go za późno bądź też nie zrobienie go wcale.
9. Postanowienie o niepostępowaniu w ten sposób w przyszłości.
10. Niedługo po tym sytuacja się powtarza.

Skąd ja to znam? Ba, jeśli mnie znacie, to pewnie też już to zauważyliście.

To naprawdę dziwne uczucie – dowiedzieć się, że Twój problem ma już fachową nazwę. Przynajmniej dla mnie. Szkoda tylko, że nie napisali nic o ewentualnym leczeniu. Bo coś czuję, że powinienem się leczyć.

I nie, to nie jest tak, że “tak ma każdy student”. Miałem tak na długo przed zostaniem studentem.

Jedna rzecz mnie pociesza:

Prokrastynacja dotyka osoby bardzo zdolne, którym brakuje wiary w siebie.

Jestem zdolny? :)

 

Tak szczerze to ja Cię nie lubię. luty 24, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, Życie — symek @ 10:05 pm

Ludzie są fałszywi. Nie wszyscy, nie zawsze, ale zazwyczaj są fałszywi. Naprawdę rzadko można spotkać osobę naprawdę szczerą. Czasem to dobrze – nie chcesz przecież, żeby ktoś Ci powtarzał, jaki jesteś gruby albo jak bardzo wkurza go Twój chłopak.

Ale czasem takie udawanie prowadzi do komicznych i, co tu nie mówić, żałosnych sytuacji. Znacie to? Spotykacie gdzieś człowieka, z którym kiedyś się poznaliście, ale nie rozmawialiście dłużej niż minutę i w sumie to nie macie ani ochoty, ani tematów do rozmowy. No, ale cóż, Wasze spojrzenia się przecięły, więc trzeba się uśmiechnąć, podejść, wyciągnąć słuchawki z uszu i przegadać chociaż te dwa przystanki które Ci zostały do domu. Oby tylko on nie wysiadał na tym samym… Gadając o pierdołach gorączkowo przypominasz sobie, gdzie on mieszka? Cholera, chyba jednak będzie wysiadał tam, gdzie ja. Wiem, powiem mu, że jadę do kumpeli i wysiadam parę przystanków dalej. Wiem, będę w domu parę minut później, ale nie wytrzymam dłużej towarzystwa tego głupka…

Żałosne, prawda? A przecież nie musi tak być. Dlaczego nie możesz się uśmiechnąć, ale pozostać na swoim miejscu ze swoimi słuchawkami w uszach? Pomyśl przez chwilę, czy on nie myśli o Tobie dokładnie tego samego co Ty o nim?

Przewińcie sobie poniższy film do czasu 7:28 i obejrzyjcie tylko tę jedną scenę do 8:41.

- Miło cię było spotkać.

- Trzymaj się.

- Do zobaczenia w klubie.

- Na razie.

Kurwa mać. Odrobina szczerości, a ta rozmowa wyglądałaby tak:

- Że też musiałem cię zauważyć.

- Prawda.

- Dlaczego musimy udawać, że się lubimy?

- Nie mam nic do ciebie, ale też nie mam cię za co lubić.

- Dopadła nas społeczna paranoja.

- Bez chwil kłopotliwego milczenia.

- Na razie. Ale kiedyś może nam zabraknąć szczęścia.

- To co, znikamy panie Houdini?

- Zaczynamy.

- Pójdę po drinka do baru…

- Znajomi czekają…

- Na razie.

- Otóż to.

- Następnym razem udawaj, że mnie nie widzisz.

- Ja też będę udawał.

- Do zobaczenia.

- Oby nie.

- Strzeż się.

- Zdechnij.

- Zdechnij.

- Dupek.

- Dupek.

Czemu nie tak?

Dzisiaj spotkałem dziewczynę, której prawie od poznania nie lubiłem. Ona też za mną nie przepada. Nie, to nie moja eks, nieważne. W każdym razie sytuacja wygląda tak: Idę na przystanek pod domem. Mijam kiosk, do którego zmierza ona. Widzę ją, patrzę na nią i się zastanawiam, co dalej. Ona albo mnie nie zauważyła, albo dobrze udawała, że mnie nie widzi. Szła do kiosku, minęliśmy się. Na przystanku sprawdzam godzinę i widzę, że C miał być minutę temu. Ciekawe, czy już pojechał. Widzę, że Ola odchodzi od kiosku i idzie w moją stronę, acz ma zamiar mnie minąć. A, co mi tam, była tu przed chwilą, może się przydać.

- Cześć Ola, nie wiesz może, czy C już jechał?

- Hej… Tak, przed chwilą pojechał.

- Dzięki.

Wszystko z uśmiechem, krótko i na temat. Jak do obcej osoby, bo i po co inaczej?

Szczerość. Traktujcie mnie tak, jeśli mnie lubicie.

 

Głupie przemyślenia na dobranoc. luty 15, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, Z przymrużeniem ok(n)a — symek @ 10:31 pm

Wielu ludziom zależy na zbudowaniu komputera świadomego, myślącego, czującego. Działającego jak człowiek (czyli nie do końca algorytmicznie). Jednym zdaniem, stworzyć kopię ludzkiego mózgu. Ale nawet jeśli kiedyś się to uda (w co nie wierzę), stworzymy maszynę doskonale imitującą człowieka, przechodzącą kolejne testy Turinga, uznamy ją za świadomą i inteligentną, to co się stanie jeśli potem zaprzęgniemy do “normalnej” roboty zwykle przez komputery wykonywanej? Czy maszyna myśląca i czująca jak człowiek, zaprogramowana na szukanie kolejnych wielkich liczb pierwszych, po paru miliardach operacji zmiennoprzecinkowych… nie znudzi się?

 

Nekrofilia XXI wieku luty 1, 2009

Zaszufladkowany do: Przemyślenia, This world sucks., Życie — symek @ 1:23 pm

Wydaje Ci się, że żyjemy w cywilizowanych czasach? Że zmarli nie leżą odłogiem na ulicach jak podczas zaraz lub wojen? Że są szanowani, pochowani i zostawieni w spokoju? O, naiwny czytelniku, w jakim świecie Ty żyjesz?

Wiem, że to brzmi głupio, ale takie myśli naszły mnie parę minut temu. Znowu usłyszałem, jak ktoś zachwyca się “najwspanialszym tenorem wszech czasów”, czytaj Pavarottim. Wiecie, co mi się przypomina?

Krótko żyję na tym świecie, a może po prostu za czasów mojej “młodości” nie było to takie popularne. W każdym razie pierwszy raz zwróciłem na to zjawisko uwagę, gdy umarł Czesław Niemen. Wielki płacz i wrzawa w telewizji, radio, gazetach, brukowcach. Wszyscy opłakują jeden z najbardziej porywających polskich głosów. “Dziwny jest ten świat” staje się tytułem setek wystaw i koncertów charytatywnych. Jak grzyby po deszczu wyrastają biografie zmarłego artysty, z miejsca stając się bestsellerami. Szczęśliwe wytwórnie fonograficzne posiadające prawa do jego twórczości wypuszczają płyty (lub całe kolekcje) pt. “Dzieła zebrane”, “Największe przeboje”. Powstają wersje dyskotekowe najpopularniejszych utworów.

Co mnie najbardziej w tym denerwuje? Hipokryzja. Ludzie, którym wcale nie podobała się muzyka Niemena nagle stają się zagorzałymi jego fanami, słuchają płyt, czytają biografie, zostawiają debilne komentarze na YouTube. Wkurza mnie, jak oglądam sobie “8 błogosławieństw”, a pod spodem bije mnie w oczy “Czesław Niemen [*][*][*][*][*] :*:*:*:* <R.I.P.>”, czy coś takiego. Bo ta różowa nastolatka (strzelam) jeszcze miesiąc temu jak słyszała “Niemen”, to nie potrafiła sobie przypomnieć jego imienia.

Jak to mówią, “Your time’s gonna come”. I całe szczęście dla wydawców muzycznych, dziennikarzy i słabych biografiopisarzy, bo przecież dla takiej watahy hien na długo mięsa z jednej ofiary nie starczy. Niemen się przejadł, ale “na szczęście” umierają inni. Nie pamiętam osobiście nic spektakularnego aż do momentu śmierci Marka Grechuty. Ten też miał pecha. Jako że umarł, wydawcy mogli założyć, że już nic nie nagra i można spokojnie wydawać albumy podsumowujące jego twórczość. I znowu – radio, telewizja, gazety, dyskoteki… Jakby nie dało się zrobić uroczystego pogrzebu i dać spokój, choćby rodzinie i przyjaciołom zmarłego, którym na pewno ciężko było, gdy co chwilę ze środków masowego przekazu przypominano im o odejściu ich bliskiego. Hieny uważam za bardzo trafione porównanie.

Pamiętam na przykład nie tak dawną śmierć Ryszarda Kapuścińskiego. Ten miał to szczęście, że był mniej znany od Niemena, a więc i publiczna nagonka po jego zejściu nie była aż tak wielka. Acz podobna. Wznowienia jego książek, biografie… Dobrze, że nie śpiewał, bo od płyty “The best of” zza grobu by się nie opędził.

No i na koniec, pół roku po Kapuścińskim, umarł Luciano Pavarotti. Postać może w Polsce nie aż tak uwielbiana, ale skoro zaczął za nim płakać cały cywilizowany świat, to Polska nie może być gorsza! Na co drugim kanale w TV filmy dokumentalne, powtórki koncertów. Do gazet dołączane gratisowe płyty z trzema utworami w jego wykonaniu (po większą ilość udaj się do najbliższego Empiku). Czekałem, aż po otworzeniu masła natrafię na karteczkę “Wyślij 250 kodów i wygraj kawałek nerki mistrza opery!”. Skoro już bawimy się w nekrofilię na papierze i w eterze, to czemu nie rozesłać kawałków jego zwłok do największych sal koncertowych świata?

Dla sprawdzenia chronologii i dokładniejszych dat musiałem zajrzeć na Wikipedię. Szanuję Niemena za jego twórczość, ale mi osobiście się ona nie podoba. Grechuty kiedyś trochę słuchałem, ale też mnie nie porwał. Czytałem jedną książkę Kapuścińskiego, ale nie dotarłem do końca. Opery i operowego śpiewania nie lubię.

Jak już kiedyś mówiłem, brzydzi mnie świat, w którym żyję.